Nomadzi z Borneo – Ludzie Morza
- Justyna Oller
- 8 kwi
- 24 minut(y) czytania
Zaktualizowano: 1 dzień temu
Przejdź do GALERII, aby zobaczyć wszystkie fotografie z tej wyprawy.
Zapraszam Cię w podróż do Malezji, a dokładniej do Semporny na Morzu Celebes, skąd wyruszyłam łodzią do odległych wiosek Bajau Laut - morskich nomadów żyjących od pokoleń na otwartym morzu. Trafiłam tam na realia, o których nie piszą przewodniki: wszechobecną naturę i życie podporządkowane warunkom środowiska. Ten tekst to mój dziennik z tej wyprawy: zapis miejsc, ludzi i scen, które tworzą wyjątkowy obraz tego miejsca. Znajdziesz tu zarówno relacje z drogi, jak i kulisy powstawania zdjęć. Pokażę Ci miejsca, które trudno odnaleźć na mapie, oraz świat, który na co dzień pozostaje poza zasięgiem turystów.
Rozdzialy:
Wstęp
W czerwcu 2025 roku miałam okazję wziąć udział w czterodniowych warsztatach fotograficznych w Sempornie, w stanie Sabah (Malezja). To niewielkie nadmorskie miasteczko wydaje się leżeć na samym krańcu świata. Był to mój pierwszy raz na wyspie Borneo, którą wcześniej znałam tylko ze zdjęć w National Geographic i blogów podróżniczych. Teraz jednak wiem, że te fotografie ledwie oddawały jej prawdziwą magię.
Wyjazd zorganizował nagradzany malezyjski fotograf Nazri Sulaiman, a w naszej dwudziestoosobowej grupie znaleźli się uczestnicy z Malezji, Chin i Mjanmy. Ja byłam jedyną osobą spoza Azji.
Borneo to trzecia co do wielkości wyspa na świecie, politycznie podzielona między trzy kraje: Malezję (z dwoma stanami: Sabah i Sarawak), Indonezję (która zajmuje największą część zwaną Kalimantan) oraz małe królestwo Brunei. Semporna leży w stanie Sabah, w północno-wschodnim rogu Borneo i otwiera drzwi do rajskich wysp rozsypanych na Morzu Celebes. Jest tak blisko Filipin, że telefon może złapać filipińską sieć komórkową. Semporna znajduje się w sercu Trójkąta Koralowego, obszaru obejmującego Malezję, Indonezję i Filipiny, zwanego często „Amazonką mórz” ze względu na niezwykłe życie morskie. WWF (Światowy Fundusz na rzecz Przyrody) uznaje ten obszar za światowe centrum bioróżnorodności morskiej.
Przez cztery niezapomniane dni przemierzaliśmy ocean motorówkami. Woda była tak niewiarygodnie przejrzysta, że czuliśmy się, jakbyśmy płynęli nad szklaną taflą. Celem naszej wyprawy bylo sfotografowanie „Bajau Laut”, czyli nomadów morskich, którzy całe życie spędzają na wodzie, w domach na palach lub łodziach będących ich jedynym środkiem transportu.
Sami mieszkaliśmy w takich domkach na palach, pośrodku morza. Bez luksusu, bez Wi-Fi, bez obsługi hotelowej. Nocą niebo było usiane gwiazdami, a nad horyzontem królowała Droga Mleczna. Fale kołysały łóżkiem, rozbijając się o drewniane pale pod spodem. Sen tam to nie wygoda, tylko poddanie się morzu. Nauczyłam się z nim płynąć.
Podczas tej wyprawy:
widziałam wodę tak turkusową, że wyglądała na przerobioną w Photoshopie,
testowałam granice mojej równowagi na motorówce (kilka razy prawie wyleciałam za burtę, gdy za bardzo wychyliłam się po „idealne” ujęcie),
zrozumiałam, że natura „ma gdzieś” twoje słabości, kondycję i zmęczenie,
szwendałam się z aparatem uliczkami Mabul, przyglądając się zwyczajom lokalnych mieszkańców,
weszłam na punkt widokowy Bohey Dulang z pełną werwą, zeszłam zbyt pewna siebie (z klasycznym upadkiem, który poturbował moja kość ogonową i ego),
Słońce prażyło bez przerwy, a mój aparat pracował na najwyższych obrotach.
Pod koniec byłam wykończona i chyba jechałam już tylko na herbatnikach i adrenalinie, jednak serce miałam wypełnione po brzegi. Śmiało mogę powiedzieć, że ta wyprawa przerosła moje oczekiwania.
Czułam, że muszę spisać ten dziennik z podróży, bo moje oczy zobaczyły za dużo, bym mogła zatrzymać to tylko dla siebie, a mój biedny, przepracowany kręgosłup zasłużył na to, by jego historia też została opowiedziana. Ponadto, uświadomiłam sobie, że w sieci jest niewiele treści o społeczności Bajau Laut, co tylko bardziej zmotywowało mnie, by podzielić się ich historią.
O Bajau Laut
Jednym z głównych celów naszej podróży było spotkanie i fotografowanie Bajau Laut, morskich nomadów, którzy żyją całkowicie na oceanie. Przyjrzenie się ich codzienności z bliska było poruszającym i otwierającym oczy doświadczeniem.
Bajau Laut z Semporny należą do grupy etnicznej Sama‑Bajau, jednego z rdzennych ludów morskich Azji Południowo‑Wschodniej i posługują się językiem bajau. Ponieważ większość z nich nie posiada obywatelstwa, nie są formalnie uznawani ani przez Malezję, ani przez Filipiny, i w praktyce bywają traktowani przez władze jak nielegalni imigranci, mimo że żyją na tych wodach od pokoleń. Bez obywatelstwa i dokumentów nie mogą funkcjonować jak pełnoprawni obywatele. Są narażeni na przymusowe wysiedlenia, unikają pomocy medycznej, gdy jej potrzebują, i mają ograniczoną możliwość swobodnego przemieszczania się.
Morze jest ich domem oraz głównym źródłem pożywienia, zarobku i utrzymania. Pływy i pogoda wyznaczają ich rytm dnia oraz czas połowów. W tych warunkach Bajau rozwinęli skuteczne metody tradycyjnego łowiectwa podwodnego (tzw. spearfishing), a ich umiejętność nurkowania (tzw. „freediving”) pozwala im schodzić na duże głębokości i pozostawać pod wodą niezwykle długo. Ułatwiają im to między innymi cechy genetyczne, takie jak powiększona śledziona. Ich łodzie, lepa-lepa, są tradycyjnie rzeźbione z jednego pnia.
Dzieci Bajau może i noszą zachodnie ubrania, ale z dziećmi wychowywanymi na Zachodzie niewiele je łączy. Pływają, zanim postawią pierwsze kroki na lądzie, same wiosłują w małych łódkach bez kamizelek i bez rodziców czuwających nad każdym ruchem. Nauka szkolna jest tu rzadkością i wiele dzieci nigdy nie trafia do szkoły, dorastając jako analfabeci (jednocześnie osiągają mistrzostwo w praktycznych umiejętnościach przetrwania). Pamiętam, jak nasz przewodnik Nazri opowiadał, że kiedyś zapytał pewną matkę o wiek jej dzieci – ta nie potrafiła odpowiedzieć. Bajau nie mierzą czasu tak jak my.
W czasie tej wyprawy mieliśmy okazję wielokrotnie spotkać Bajau. Dzięki Nazriemu, który przez lata przemierzał te wody, odkrywając ukryte wioski i budując zaufanie wśród lokalnych rodzin, znaleźliśmy się w samym środku ich codziennego życia.
Uwaga: Zanim przejdziesz dalej, chcę jasno zaznaczyć jedną rzecz: zdjęcia, które tu zobaczysz, pokazują prawdziwe życie Bajau Laut - bez inscenizacji i bez upiększania rzeczywistości. To spontaniczne kadry z codzienności prawdziwych ludzi, uchwycone podczas naszej czterodniowej wyprawy na morzu. Tylko dwie małe sesje były zaaranżowane przez organizatora, o czym informuję otwarcie. Cała reszta to fotografie zrobione bez żadnej ingerencji, jako zapis tego, co działo się wokół nas. Taki właśnie przyświecał mi cel: pokazać to miejsce i ludzi takimi, jakimi są naprawdę.

Zacznijmy od początku…
To był wtorek. Siedziałam w biurze, niby zwyczajny dzień pracy, ale tego samego wieczoru zaczynałam podróż na Borneo. Około 20:00 pojechałam na lotnisko w Penangu razem z moimi malezyjskimi przyjaciółmi, Rafidą i Fauzim. Oni są tak samo zakręceni na punkcie fotografii jak ja, a właściwie to dzięki nim w ogóle dowiedziałam się o tym wyjeździe. Więc w pełni zasługują na podziękowania za to, że wciągnęli mnie w to piękne zamieszanie i że ruszyli w tę przygodę razem ze mną. Tego dnia wszyscy normalnie pracowaliśmy, więc kiedy dotarliśmy na lotnisko, byliśmy już wykończeni. A przecież ta podróż nawet się jeszcze na dobre nie zaczęła.
Z perspektywy czasu, zaczynanie „poważnej” wyprawy pod koniec pełnego dnia pracy nie było zbyt błyskotliwą decyzją logistyczną. Ustaliliśmy, że następnym razem polecimy dzień wcześniej i dotrzemy na miejsce jak ludzie, a nie jak zombie. Lekcja odrobiona.
W Kuala Lumpur wylądowaliśmy około 23:00, ale kolejny lot do Tawau w stanie Sabah mieliśmy dopiero o 6 rano. Plan był prosty: „Prześpimy się w hotelu kapsułowym na lotnisku”. W rzeczywistości, słowo „prześpimy” było dość optymistyczne. Zanim odebraliśmy bagaże, przejechaliśmy pociągiem między terminalami, znaleźliśmy hotel kapsułowy i zameldowaliśmy się, było już po północy. Ustawiliśmy budziki na 3:30, żeby zdążyć na odprawę przed lotem. Więc tak, technicznie rzecz biorąc „odpoczęliśmy”, ale w praktyce była to raczej bardzo droga drzemka w pozycji horyzontalnej.
Leżąc tam, poczułam to dziwne, dobrze mi znane napięcie, które dopada mnie zwykle tuż przed dużą podróżą, zwłaszcza w zupełnie nowe miejsce. To moment, kiedy ciało jest wykończone, a mózg postanawia urządzić sobie nocną konferencję TED pt. „Wszystko, co może pójść nie tak”. W nieskończoność przewijały mi się listy zadań, ekscytacja mieszała się z pytaniem „po co ja to sobie robię?”, a do tego dochodziła odrobina strachu o własne życie. Oczywiście pojawiła się też klasyczna podróżnicza paranoja: mój bagaż był w schowku daleko od łóżka, więc wyobrażałam sobie, jak znika, rośnie mu para nóg albo leci do innego kraju beze mnie. Do tego bardzo chciało mi się do toalety, ale była za daleko, a ja byłam zbyt zmęczona, żeby wstać. Więc leżałam tam, przerabiając w głowie wszystkie możliwe scenariusze, a kiedy w końcu się podniosłam, czułam się gorzej niż wcześniej.
Nie zrozumcie mnie źle, lotniskowy hotel jest świetnym rozwiązaniem… o ile ma się czas, żeby faktycznie w nim spać.
Wsiadając do samolotu do Tawau wpadliśmy na mojego malezyjskiego znajomego Nazera, którego poznałam zaledwie miesiąc wcześniej w Indonezji, na innym fotograficznym wyjeździe. To, że poznał moich przyjaciół z Penangu, było jak spotkanie dwóch światów, ale w jak najbardziej pozytywnym sensie. Różne wspomnienia nagle splatały się w jedną nową historię. W tym momencie cała wyprawa zaczęła coraz bardziej przypominać prawdziwą ekspedycję fotograficzną niż „zwykły krótki wypad”.
Jednym z momentów, który szczególnie zapadł mi w pamięć, był widok z okna samolotu, kiedy zbliżaliśmy się do Sabah. Pod nami rozciągały się zielone lasy deszczowe, rzeki i wzgórza. Czułam się, jakbym leciała nad zupełnie innym krajem, choć wciąż byliśmy w Malezji.
Około 9 rano, po trzech godzinach lotu, wylądowaliśmy w Sabah i, o dziwo, nadal byliśmy w tej samej strefie czasowej. Co ciekawe, Malezja ma tylko jedną strefę czasową, wspólną zarówno dla Półwyspu Malajskiego, jak i dla Malezji Wschodniej (Sabah i Sarawak), choć obie części dzieli Morze Południowochińskie i spora odległość.
Po wylądowaniu w Tawau musieliśmy przejść kontrolę paszportową, mimo że nie opuściliśmy kraju. W Malezji podróż między częścią zachodnią a wschodnią to formalnie lot „krajowy”, ale funkcjonuje tu specyficzny rodzaj wewnętrznej imigracji, ze względu na regulacje wjazdowe między regionami. Ma się więc wrażenie przekraczania granicy, mimo że w rzeczywistości do tego nie dochodzi.
Byliśmy ostatnimi uczestnikami, którzy dotarli na miejsce. Cała reszta była na tyle rozsądna, by przylecieć dzień wcześniej. Kiedy ja próbowałam wyczołgać się z kapsuły w Kuala Lumpur, oni prawdopodobnie fotografowali Drogę Mleczną. A później, gdy my byliśmy jeszcze w powietrzu, reszta ekipy zwiedzała już targi uliczne w Sempornie. Oglądanie ich relacji na WhatsAppie wywołało u mnie solidne FOMO („fear of missing out” – strach przed tym, co nas omija). Ja byłam jeszcze w trybie samolotowym, a oni już w pełnym trybie „National Geographic”.
Wyszliśmy z lotniska i uderzyła nas fala gorąca. Gęste, oblepiające powietrze otuliło nas, jakby ktoś narzucił na nas gruby koc. Upalnie jak w Penangu, ale zapach powietrza był inny, bardziej „zielony”, jakby dżungla na skraju pasa startowego wołała nas do siebie.
Z lotniska odebrał nas kierowca, a po około godzinie jazdy dotarliśmy do portu w Sempornie. Zapoznaliśmy sie z resztą ekipy, zjedliśmy szybki lunch w lokalnym mamaku (indyjskomalajskim bistro), zrobiliśmy błyskawiczne zakupy w supermarkecie i nagle już siedzieliśmy w motorówce pędzącej na otwarte morze. W tym momencie dotarło do mnie, że ta przygoda naprawdę się zaczęła.
Day 1 – Selakan Island
Naszym pierwszym przystankiem była malutka wyspa Selakan, która stała się naszym domem na kolejne dwie noce. Położona około 30 minut rejsu motorówką od Semporny, wyspa jest zamieszkana przez lokalną społeczność, żyjącą w domach na palach połączonych drewnianymi pomostami. To miejsce żyje swoim rytmem, dalekie jest od turystycznych atrakcji i wprost idealne do autentycznej fotografii.
Selakan jest znana wśród odwiedzających głównie jako baza wypadowa na nurkowanie i snorkeling, ale dla naszej grupy była przede wszystkim punktem, z którego mogliśmy dotrzeć do społeczności Bajau Laut i fotografować ich codzienne życie z bliska.
W drodze na Selakan uświadomiłam sobie, że moje oczekiwania wobec tego miejsca były zdecydowanie zbyt skromne. Widziałam już wcześniej „piękną wodę” i zawsze myślałam, że ten turkus występuje tylko w małych pasmach tuż przy brzegu. Natomiast w Sempornie ten kolor rozciąga się aż po horyzont. Cały ocean mieni się tak intensywnymi odcieniami błękitu i zieleni, że wyglądają nierealnie, jakby ktoś podkręcił nasycenie do maksimum.
Nasz domek stał na drewnianych palach tuż nad turkusową wodą. Przez szczeliny w podłodze prześwitywał intensywny błękit morza, tworząc wrażenie zupełnie surrealistyczne. Pokoi było zaledwie kilka, dość skromnych, a ponieważ kobiet w grupie była mniejszość, siedem z nas dzieliło jedną przestrzeń. Łazienka była tylko jedna, malutka, a drzwi uparcie odmawiały współpracy.
Tuż obok naszego domku znajdowała się mała społeczność, żyjąca swoim codziennym rytmem. Podczas krótkiego spaceru dostrzegłam w okolicy meczet, lokalną szkołę dla dzieci z okolicznych wysp, mieszkańców przygotowujących posiłki i dzieci bawiące się na pomoście.
Jeśli chodzi o wyżywienie, właściciele ośrodka codziennie przygotowywali lokalne potrawy w formie bufetu: ryż, warzywa i świeżo złowione owoce morza. Wyglądało to smakowicie, ale niestety podczas wyjazdu trzymałam się bardzo specyficznej diety (o tym później).
Każdego dnia wstawaliśmy wcześnie i ruszaliśmy motorówką, gotowi łapać idealne światło. Fotografowaliśmy aż do zachodu słońca, wykorzystując każdą możliwą chwilę (i resztki energii). W ośrodku spędzaliśmy tylko tyle czasu, ile trzeba było, żeby zjeść, w pośpiechu przepakować sprzęt między kolejnymi wyprawami i w końcu paść ze zmęczenia. Prawdziwa magia działa się na wodzie.
Pierwsze spotkanie z Bajau
Tego popołudnia, po zameldowaniu, obiedzie i szybkim przebraniu się, wskoczyliśmy na motorówkę i wyruszyliśmy na nasze pierwsze fotograficzne poszukiwania. Trudno było uwierzyć, że jeszcze rano leżałam w lotniskowym hotelu w Kuala Lumpur, a teraz znajdowałam się w zupełnie innym świecie.
Po trzydziestu minutach rejsu trafiliśmy na pierwszą rodzinę Bajau. Byli tak samo ciekawi nas, jak my ich. W jednej małej łodzi typu lepa‑lepa siedziała matka z trójką dzieci, w drugiej, większej, kolejna rodzina. Ubrania, garnki i pojemniki leżące na pokładzie od razu dały nam do zrozumienia, że to ich dom. Nie używali wioseł, lecz długich drewnianych tyczek, którymi odpychali się od dna. Jedna z kobiet miała twarz pokrytą żółtawą pastą. Później dowiedziałam się, że to tzw. borak, mieszanka rozgniecionego ryżu i kurkumy, stosowana przez morskich nomadów jako naturalna ochrona przed słońcem.
Następnie dotarliśmy do wioski domów Bajau stojącej na wodzie. Domy wyrastały prosto z morza, podparte na chwiejących się drewnianych nogach, sklecone z tego, co akurat było pod ręką: kawałków drewna, bambusa, blachy. Niektóre konstrukcje wyglądały tak, jakby mogły rozpaść się w każdej chwili. Widzieliśmy dzieci skaczące do wody, inne sterujące łodziami w pojedynkę, bez kamizelek i bez dorosłych w pobliżu. Niektóre z nich były nago, więc z daleka prosiliśmy rodziców, aby je ubrali, zanim zaczniemy fotografować.
Dzień zakończyliśmy w przepięknej zatoce, robiąc zdjęcia o zachodzie słońca. Następnie, po zmroku wróciliśmy do ośrodka.
Noc na Selakan była swoistym doświadczeniem. Fale lekko kołysały moje łóżko, a cała konstrukcja skrzypiała przy każdym ruchu wody. Na zewnątrz, obok naszego pokoju, wisiała lampa, która świeciła prosto w moje łóżko. Normalnie by mi to przeszkadzało, ale tego wieczoru byłam tak zmęczona, że zasnęłam w kilka sekund, mimo światła i odgłosów chrapania dobiegających z obu pokoi.
Motorówki cumowały przy pomoście, a młodzi mężczyźni z załogi spali na matach na zewnątrz. Przy tym wszystkim moje drobne niedogodności wydały się nieistotne.
W nocy nad wodą unosiły się ciche odgłosy muzułmańskich modlitw. O świcie, pianie koguta powitało nowy dzień.
Dzień 2 – Wyspa Selakan
Wczesnym rankiem zjedliśmy śniadanie, zrobiliśmy szybkie zdjęcie grupowe i ruszyliśmy na morze w poszukiwaniu kolejnych osad Bajau.
Za kulisami:
Dotarliśmy do kolejnej osady z domami na palach, w których mieszkały wielopokoleniowe rodziny. Wszyscy siedzieli na drewnianych podestach przed domami, obserwując nas z ciekawością, a my przyglądaliśmy się im.
Prywatność w domach Bajau właściwie nie istnieje, przestrzeń jest wspólna, ściany są cienkie lub nie ma ich wcale, a życie toczy się na zewnątrz. Dzieci swobodnie biegały pomiędzy domami po prowizorycznych pomostach, niosąc w rękach małe rybki. Fotografując tę scenę, spostrzegłam w oddali starszą kobietę, która w milczeniu obserwowała wnuki pluskające się w wodzie, oraz dziewczynkę, może dziesięcioletnią, niosącą młodszą siostrzyczkę na biodrze, wspinając się z nią po wąskiej drabinie.
Później zmieniliśmy lokalizację i podpłynęliśmy do kolejnej wioski na palach. Przy odpływie nasza łódź nie mogła podpłynąć bliżej, więc musieliśmy zejść i iść pieszo przez płytką wodę, sięgającą do kolan. Organizator zaaranżował tam małą sesję zdjęciową z udziałem dwóch chłopców Bajau w tradycyjnej łodzi. Była to jedna z dwóch zaplanowanych sesji podczas wyjazdu, a ich rodzina otrzymała za nią wynagrodzenie.
Podczas gdy grupa skupiała się na inscenizowanej scenie, tuż obok bawiła się grupa dzieci. Śmiały się, chlapały wodą i biegały po mieliźnie. Podeszłam do nich, rozmawiając na migi i uśmiechy i zrobiłam kilka spontanicznych zdjęć. Widok był wyjątkowy w swojej prostocie.
Zanim skończyliśmy zdjęcia, nasza łódź zdążyła już odpłynąć z prądem jeszcze dalej. Musieliśmy więc wracać pieszo przez coraz głębszą wodę, trzymając aparaty i obiektywy wysoko nad głową i uważając, by nie nadepnąć na rozgwiazdy. Za każdym razem, gdy jakąś zauważyłam, piszczałam z ekscytacją, idąc pod rękę z Rafidą w kierunku łodzi.
Ukryta Zatoka
Po południu Nazri zabrał nas do ukrytej zatoki z laguną, otoczonej zielonymi wzgórzami. Przyznał, że sam nigdy tu wcześniej nie był, więc dla wszystkich było to zupełnie dziewicze miejsce. Społeczności Bajau to prawdziwi morscy nomadzi, którzy zmieniają miejsce pobytu i przemieszczają się w poszukiwaniu lepszych warunków do połowów i życia.
Podpłynęliśmy bliżej, a wokół nas pojawiły się dziesiątki łódek Bajau, które otoczyły nas z ciekawością. Dzieci kurczowo trzymały się burty naszej motorówki, a my staraliśmy się uchwycić te chwile w kadrach. Bardzo szybko nawiązaliśmy bliski kontakt z tą społecznością. To miejsce nas zachwyciło - było autentyczne, pełne życia i na tyle wyjątkowe, że spędziliśmy tam ponad dwie i pół godziny. W pewnym momencie, razem z kilkoma osobami z naszej ekipy, wskoczyłam do wody, żeby móc fotografować ich z jeszcze bliższej perspektywy.
Pod koniec jedna z rodzin zaprosiła Nazriego, Nazera i mnie do swojego domu na palach. Problem w tym, że wraz z przypływem woda sięgała nam już do klatki piersiowej, a stopnie drewnianej drabinki wisiały bardzo wysoko. Nie mogliśmy tam dotrzeć, aparaty trzymaliśmy nad głowami, więc zamiast wejść na górę, sfotografowaliśmy dom z poziomu wody, podczas gdy reszta grupy czekała w motorówkach. Może uda nam się następnym razem!
Dzień zakończyliśmy fotografując zachód słońca na jednej z wysp. Zrobiłam zdjęcie z długim czasem naświetlania (ogromne podziękowania dla Fauziego za użyczenie statywu), a potem już tylko łapałam spontaniczne ujęcia, między innymi rodzinę Bajau stojącą w kadrze wielkiego drzewa. Po zmroku fotografowaliśmy jeszcze jedną rodzinę, gotującą kolację na otwartym ogniu, na swojej łodzi lepa‑lepa.
Za kulisami:
Dzień 3 – Bohey Dulang
Poranek miał być lżejszy, ale w tej podróży nic tak naprawdę nie było „lajtowe”. Między fotografowaniem Bajau a przemieszczaniem się między wyspami, po drodze wcisnęliśmy jeszcze trekking na Bohey Dulang. Podejście było strome i widoki absolutnie spektakularne, zdecydowanie warte każdej kropli potu.
Poprzedniej nocy padało, więc do samego rana nie było pewne, czy szlak w ogóle zostanie otwarty. Teoretycznie wejście było „opcjonalne”, ale dla kogoś jak ja, z silnym FOMO, totalnie nie do odpuszczenia. Od kiedy cztery lata temu przeprowadziłam sie do Malezji, Bohey Dulang była na mojej liście marzeń. Widziałam ją na pocztówkach i w przewodnikach, a teraz w końcu mogłam zobaczyć ją na własne oczy.
Wyspa jest częścią Tun Sakaran Marine Park i powstała z pozostałości po pradawnym wulkanie. Dziś porasta ją gęsty las, a wulkaniczny krater wypełnia morska laguna. Tym razem zostawiłam aparat w pokoju, bo upał i wilgotność były nie do zniesienia, a ja chciałam po prostu poczuć tę chwilę bez dźwigania ciężkiego sprzętu. Poniższe zdjęcia zrobiłam iPhonem.
W drodze na szczyt minęliśmy tylko kilku turystów, ale podczas zejścia wyspa była już zalana ludźmi, głównie Malezyjczykami. Muszę tu pochwalić moją przyjaciółkę Rafidę, która mimo problemów z kolanem weszła na szczyt. Jej determinacja była dowodem na to, że chcieć to móc.
Widok ze szczytu zapierał dech w piersiach: mozaika turkusowych lagun, raf koralowych i rozsypanych po horyzoncie szmaragdowych wysp. Z tej wysokości krajobraz nabierał nowej perspektywy i pozwalał poczuć skalę tego miejsca.
Podczas zejścia emocje wzięły górę i ostrożność poszła w odstawkę. Byłam podekscytowana i zbyt pewna siebie. Jeden mały krok i grawitacja wygrała, wylądowałam prosto na kości ogonowej. Ból towarzyszył mi do końca tej wyprawy, a kilka miesięcy później kontuzja powróciła, akurat przed kolejną fotograficzną wyprawą w północnym Wietnamie. Ale to już temat na inny rozdział.
Wróciliśmy do naszego domku na Selakan około 13:00. Większość grupy została na miejscu (omijajac epickie widoki), ale kiedy zobaczyli naszą spoconą ekipę dopływającą motorówką, klaskali z pomostu, jakbyśmy właśnie zdobyli Everest. O 14:00 byliśmy już spakowani, wymeldowani i w drodze na kolejną wyspę - Mabul.
Bezkresna Woda
Ostatnim przystankiem na naszej trasie była wyspa Mabul. Po drodze nasze motorówki nagle zatrzymały się pośrodku oceanu. Moje uszy w końcu odpoczęły od ryku silników. Słyszałam tylko delikatne uderzenia fal o burtę i poczułam na skórze ciepło słońca. W oddali ujrzałam wioskę Bajau i wtedy zrozumiałam, dlaczego się zatrzymaliśmy. Domy na palach dosłownie wyrastały z bezkresnej wody, unosząc się tuż nad błękitną taflą.
Po chwili na horyzoncie wyłoniły się sylwetki dwóch chłopców Bajau. Musieli być bardzo ciekawi, widząc nas fotografujących z łodzi. Pluskali się w wodzie, brodząc po pas i zbierając małże do misek. Staliśmy tak na pokładzie w zupełnej ciszy, jakby czas się zatrzymał. Na horyzoncie nie bylo nikogo. Tylko my i oni. Ta wyjątkowa scena na długo pozostanie w mojej pamięci.
Dni 3-4 - Wyspa Mabul
Wyspa Mabul znajduje się na południe od Selakan, około godzinę drogi motorówką z Semporny. Przyciąga nurków z całego świata dzięki bogactwu fauny i flory morskiej oraz słynnym miejscom do nurkowania. Jest zdecydowanie bardziej rozwinięta niż mniejsze wysepki, takie jak Selakan. Działają tu ośrodki nurkowania, a nad wodą stoją hotelowe bungalowy na palach. To także główna baza wypadowa do kultowych miejsc, takich jak Sipadan i Kapalai.
Podczas pobytu na Mabul wyraźnie dało się odczuć kontrast między turystyką a codziennym życiem, poprzez resorty sąsiadujące z tradycyjnymi wioskami na palach. Z okien naszego pensjonatu widać było żółwie pływające tuż przy powierzchni wody, a obok Bajau sprzedawali świeże owoce morza i kokosy z tradycyjnych łódek.
Był to jedyny etap naszej wyprawy, podczas którego skupiliśmy się na fotografii ulicznej i przyjrzeliśmy się życiu Bajau na lądzie. Tego popołudnia przeszliśmy pieszo piaszczystymi ścieżkami przez wioskę Mabul, mijając tętniącą życiem szkołę, meczet, lokalne sklepiki i setki roześmianych, biegających wszędzie dzieci.
Fotograficznie była to jedna z najciekawszych odsłon całej podróży.
Wschód słońca na Mabul
Ranek powitał nas gęstym mrokiem, a jedynym źródłem światła były gwiazdy rozsiane nad spokojnym morzem. Zapowiadał sie piękny wschód słońca. W pewnym momencie, nasza motorówka zatrzymała się przy łódce Bajau. Był tam mężczyzna z kilkuletnim synem, którzy wskoczyli na pokład naszej łodzi. Jak się okazało, chłopiec miał być główną postacią w naszej porannej sesji. Była to druga i ostatnia zaaranżowana sesja, a rodzina Bajau otrzymała wynagrodzenie od organizatora.
Kiedy dotarliśmy na otwarte morze, niebo zaczęło nabierać pomarańczowych odcieni, a sylwetka chłopca w tradycyjnym kajaku wykorzystanym do sesji, wyraźnie rysowała się na tle morza. Mieliśmy ogromne szczęście, bo warunki pogodowe były idealne i inne wschody słońca podczas wyprawy nie były już tak spektakularne.
Ostatni spacer z aparatem po Mabul
Po porannym plenerze wróciliśmy do hotelu na szybkie śniadanie, po czym ostatni raz ruszyliśmy do wioski Mabul przed powrotem do Semporny. Przez kolejne dwie godziny chodziłam po wiosce i, szczerze mówiąc, nigdy nie zapomnę tych scen: kolorów, światła, uśmiechów dzieci i obrazów, które trafiały prosto w serce. Mogłabym napisać o tym długie strony, ale fotografie oddadzą to znacznie lepiej niż słowa.
Zanim wróciłam do hotelu, żeby się spakować, usiadłam na drewnianym mostku zawieszonym nad wodą. Nasz ośrodek znajdował się po zewnętrznej stronie wyspy, a z tego niewielkiego, łukowatego pomostu mogliśmy obserwować i fotografować Bajau przepływających pod spodem w swoich łodziach, sprzedających świeże owoce morza i kokosy. Trudno było wyobrazić sobie lepszy sposób na zakończenie tej fotograficznej wyprawy.
Jednym z momentów, który zapadł mi w pamięć, była mała dziewczynka Bajau. Leżałam płasko na mostku, z twarzą i obiektywem wsuniętym pomiędzy drewniane deski, pozostawiając ciemne krawędzie konstrukcji w kadrze. Jej łódź przepływała dokładnie pod spodem, gdy nagle uniosła głowę i spojrzała prosto w obiektyw. W tamtej krótkiej chwili wszystko zgrało się idealnie.
Kiedy wracałam do pokoju, tuż przed zamknięciem drzwi podpłynęła kolejna łódź. Dwie dziewczynki Bajau wspięły się boso na hotelowy pomost i zawołały do mnie: „Hello! Hello!”. Zrobiłam wtedy ostatnie zdjęcie i rozdałam im resztę cukierków, które miałam ze sobą.
Spakowałam aparat, plecak i resztę bagażu. Motorówka ruszyła w stronę Semporny, a ja patrzyłam na linię horyzontu, próbując uporządkować w głowie wszystko, co wydarzyło się w tych dniach. Wracały do mnie zapamiętane twarze i świat, którego wcześniej nie znałam. Dla mnie była to podróż w każdym znaczeniu tego słowa.
Są miejsca, które zostają z nami na długo.
Sabah zostanie ze mną na zawsze.
Za kulisami:
Refleksje i kontekst
W tym miejscu nasza wyprawa dobiegła końca, ale chciałabym dodać kilka istotnych informacji, które pomogą lepiej zrozumieć tę podróż oraz zdjęcia, które przywiozłam.
Plan wyprawy
Nie sposób wymienić wszystkich miejsc, które odwiedziliśmy. Przemieszczaliśmy się bez przerwy, z jednej wysepki na drugą, między osadami Bajau. W wielu miejscach nie było zasięgu, a w pewnym momencie, mapy Google po prostu przestały działać, więc nie byłam w stanie zapisać dokładnych lokalizacji.
Najważniejsze jest to, że nie były to miejsca turystyczne. Nie odwiedzaliśmy żadnych luksusowych resortów, choć takie istnieją na Mabul, Kapalai, Sipadan czy Mataking. Skupialiśmy się wyłącznie na prawdziwych i trudno dostępnych wioskach, do których zwykli turyści zazwyczaj nie docierają.
Z szacunku do organizatora, który przez lata odkrywał te miejsca i budował zaufanie lokalnych rodzin, nie podam dokładnych lokalizacji. Trasa i tak zmieniała się dynamicznie, zależnie od pływów, warunków na wodzie i pogody. I szczerze mówiąc, mam nadzieję, że te miejsca pozostaną takie, jakie są, z dala od masowej turystyki.
Przybliżony plan wyprawy:
Dzień 0:
Nocny lot z Penangu do Kuala Lumpur
Dzień 1:
Wczesnoporanny lot z Kuala Lumpur do Tawau
Transport vanem do Semporny, szybki lunch i rejs motorówką na wyspę Selakan
Zakwaterowanie
Zdjęcia na morzu
Kolacja i nocleg na Selakan
Dzień 2:
Śniadanie
Zdjęcia na morzu
Lunch na łodzi
Zdjęcia na morzu
Kolacja i nocleg na Selakan
Dzień 3:
Śniadanie i trekking na Bohey Dulang (osoby niebiorące udziału fotografowały na morzu)
Lunch, wymeldowanie z Selakan
Zdjęcia na morzu po drodze do Mabul
Zakwaterowanie i lunch
Fotografia uliczna w wiosce Mabul
Sesja o zachodzie słońca
Kolacja i nocleg na Mabul
Dzień 4:
Zdjęcia o wschodzie słońca na Mabul
Śniadanie
Fotografia uliczna w wiosce Mabul
Lunch, wymeldowanie
Motorówka do Semporny, van na lotnisko w Tawau
Wieczorny lot do Kuala Lumpur
Dzień 5:
Wczesnoporanny lot z Kuala Lumpur do Penangu
Zdjęcia Drogi Mlecznej były teoretycznie możliwe każdego dnia, ale zmęczenie i napięty grafik sprawiły, że nikt z nas nie dotrwał do nocy.
Bezpieczeństwo
Większość osób odwiedzających Sempornę zatrzymuje się w bardziej rozwiniętych częściach regionu: w hotelach, popularnych resortach lub ośrodkach nurkowania. Miejsca te są piękne i uznawane za bezpieczne dla turystów, zwłaszcza jeśli wyprawa jest organizowana przez licencjonowanych operatorów i lokalnych przewodników. Rejon jest monitorowany, a w okolicy działają patrole bezpieczeństwa i wojsko, dbające o ochronę zarówno mieszkańców, jak i odwiedzających.
Podróż z zorganizowaną grupą była bezpieczna, na każdym etapie ktoś czuwał nad logistyką, wszystko było dopracowane, a ja ani przez chwilę nie czułam się zagrożona. Nasza załoga mówiła w lokalnym języku Bajau i znała te wody jak własną kieszeń, co dodatkowo zwiększało poczucie bezpieczeństwa.
Trzeba jednak pamiętać, że Semporna leży blisko morskiej granicy Malezji z Filipinami, czyli obszaru, który w przeszłości odnotował pojedyncze incydenty, m.in. rzadkie przypadki piractwa i porwań dla okupu, o czym wspominają oficjalne komunikaty rządowe. Na wodach terytorialnych i wyspach w pobliżu granicy z filipińskim Archipelagiem Sulu mogą operować grupy zbrojne. Dlatego warto sprawdzać aktualne informacje z wiarygodnych źródeł (np. stron ministerstw spraw zagranicznych), wybierać sprawdzonych operatorów, stosować się do lokalnych zaleceń i nie zapuszczać się samemu w odległe miejsca bez odpowiedniego przygotowania. Zdrowy rozsądek i obecność doświadczonych przewodników pozwolą zamienić potencjalne zagrożenia w bezpieczne i wartościowe przeżycia.
Wyżywienie
Być może zastanawiasz się, co miałam na myśli, wspominając wcześniej o swojej „diecie”. Jednym z największych wyzwań tej wyprawy było dla mnie to, że przez cały czas trzymałam się bardzo restrykcyjnego sposobu odżywiania. Warto dodać, że od czterech lat mieszkam w Malezji i na co dzień jem lokalne jedzenie. Jednak paradoksalnie, zatrucia pokarmowe przydarzyły mi się nie tutaj, lecz podczas podróży po innych krajach Azji Południowo‑Wschodniej. Wylądowałam w szpitalach w Singapurze, Tajlandii, i ostatnio dosłownie miesiąc przed tym wyjazdem, w Indonezji. Zdarzyło się to już tyle razy, że oprócz doświadczeń z podróży dorobiłam się także niemałej traumy zdrowotnej.
Tym razem postawiłam sobie jasne warunki. Wciąż bardzo chciałam podróżować i fotografować, ale wiedziałam, że będziemy przebywać w wyjątkowo odległych miejscach, z dala od szpitali. Perspektywa poważnego zatrucia na środku oceanu, bez dostępu do pomocy medycznej i przy napiętym grafiku, była dla mnie absolutnym koszmarem. Do tego był to wyjazd grupowy, więc nie chciałam ryzykować zmiany planów ani dokładać stresu organizatorowi i pozostałym uczestnikom.
Jedynym sposobem, by móc w pełni wziąć udział w tej wyprawie, było dla mnie pójście na duży kompromis: jeść bardzo mało i trzymać się wyłącznie „bezpiecznego” jedzenia, które przywiozłam z domu. Nie było łatwo patrzeć, jak przede mną lądują kolejne porcje pysznych lokalnych dań, ale w tym przypadku zdrowie i możliwość fotografowania każdego dnia były dla mnie ważniejsze niż kulinarna swoboda.
Jednocześnie bardzo chcę to jasno podkreślić: moja historia nie powinna nikogo zniechęcać ani do Semporny, ani do Azji Południowo‑Wschodniej. Do dziś nie wiem, co dokładnie było przyczyną moich wcześniejszych zatruć. Mogło to być jedzenie, pech albo jakaś niezdiagnozowana alergia pokarmowa.
Moja dieta w trakcie wyjazdu była prosta i zaplanowana stricte „pod przetrwanie”:
Śniadanie: prebiotyczny napój proteinowy + owsianka instant + mus owocowy
Lunch: owsianka lub gotowe paczki z makaronem mac & cheese
Kolacja: mac & cheese
Gdy tylko się dało, podjadałam suche herbatniki i regularnie uzupełniałam elektrolity, próbując jakoś funkcjonować w upale. Jeszcze przed wyjazdem z Penangu zrobiłam solidny zapas paczek z mac & chees (niestety znalazłam tylko takie, które wymagały kilku minut gotowania, a nie tylko zalania wrzątkiem).
To było dość uciążliwe ograniczenie. Przy niemal każdym posiłku musiałam uprzejmie prosić miejscowych, by ugotowali mi jedzenie, czasem w kuchni, czasem dosłownie na podłodze. Bywało naprawdę desperacko. Byłam przy tym ekstremalnie ostrożna: prosiłam nawet o gotowanie w wodzie butelkowanej, którą sama dostarczałam, i tłumaczyłam dokładnie instrukcję przygotowania. Ale miejscowi okazali się absolutnie wspaniali. Byli cierpliwi, uśmiechnięci i pomocni.
Trzymanie się takiej diety było trudne. Ciągłe przemieszczanie się, ciężki plecak, fizyczne zmęczenie, upał, wysoka wilgotność i mało snu dawały się we znaki. Ale nie przyjechałam tam po to, żeby opalać sie na leżaku (choć oczywiście nie ma w tym nic złego). Mój cel był jasny: zobaczyć Sempornę i sfotografować ludzi, którzy tam żyją. Wiedziałam, że żeby zrobić to uczciwie, muszę zostawić swoją strefę komfortu w Penangu. I było warto, nawet mimo głodu.
Pozostali uczestnicy wyprawy jedli trzy posiłki dziennie: solidne porcje ryżu i owoców morza, przygotowywane na świeżo z lokalnych składników. Podejrzewam, że dla nich musiało to być zupełnie inne doświadczenie.
Jak przetrwać słońce w Sempornie
Semporna leży w strefie klimatu równikowego i czerwiec oznaczał bezlitosne upały. W ciągu dnia temperatura regularnie oscylowała wokół 32-35°C, a wilgotność dawała się we znaki tak bardzo, że każdy ruch kosztował mnie podwójnie. Większość dnia spędzaliśmy pędząc motorówkami po otwartym morzu, robiąc zdjęcia w pełnym słońcu.
Jako jasnoskóra Europejka mieszkająca od kilku lat w Malezji, nauczyłam się jednego od miejscowych: słońce nie zawsze jest moim sprzymierzeńcem. Dlatego przeszłam w tryb pełnej ochrony: legginsy i koszulki z długim rękawem z filtrem UV, żeby osłonić każdy centymetr skóry. Całodzienne przebywanie na wodzie tylko potęgowało działanie promieniowania, więc dodatkowe warstwy były absolutnie konieczne.
Ten zestaw sprawdził się świetnie. Jedyne miejsca, gdzie miałam poparzenia słoneczne, to skóra za uszami (kto by się spodziewał?) i palce u rąk. Czułam się niemal jak miejscowa, nawet zaplatałam włosy w warkocz, żeby ujarzmić wiatr i pęd powietrza podczas rejsów motorówkami. Fauziemu pewnego razu wiatr zdmuchnął czapkę z głowy, ale na szczęście kapitan zatrzymał łódź, zawrócił i wyłowił ją.
Sprzęt fotograficzny trzymałam w wodoodpornej torbie pozostawionej na łodzi, a podczas fotografii ulicznej na lądzie używałam klasycznego plecaka. Niektórzy uczestnicy byli naprawdę sprytni, bo nosili czapki z osłoną na kark.
Przy takich wyjazdach, przemyślane pakowanie jest kluczowe. Jestem typem osoby, która pakuje się „na każdą ewentualność” (lepiej być przygotowanym niż żałować), i pakowanie mam już opanowanie do perfekcji. Podsumowując, rzeczy, bez których się nie ruszałam to: czapka z daszkiem, okulary przeciwsłoneczne, ubrania z filtrem UV, smycz do telefonu, bidon z elektrolitami, solidne sandały Teva oraz buty do wody (kilka razy dosłownie uratowały mi stopy). No i oczywiście tabletki na chorobę morską.
Uczestnicy warsztatów
Na koniec, nie mogę nie wspomnieć o ludziach, których spotkałam podczas tej wyprawy. A byli naprawdę wyjątkowi. Jedną z nich była Kar Yee, urocza farmaceutka z Penangu, z którą dzieliłam pokój na wyspie Mabul. Zasługuje na szczególne wyróżnienie, bo szybko stała się naszą nieoficjalną „opiekunką” i bardzo mi pomogła w trakcie wyjazdu. Przywiozła ze sobą nawet pełnowymiarową apteczkę, gotową na każdą medyczną ewentualność. Podróżowała razem z mamą i siostrą. Cała trójka była niesamowicie serdeczna i życzliwa.
Miałam też okazję ponownie spotkać kilku znajomych Malezyjczyków, z którymi miesiąc wcześniej byłam na warsztatach fotograficznych w Indonezji: Nazeera, pana Zahara z żoną Noor Ani oraz pana Jimmy’ego z żoną Chee. Oprócz nich, podróżowałam też z moimi bliskimi przyjaciółmi z Penangu, o których wspominałam wcześniej, Rafidah i Fauzi, a także z innymi uczestnikami, z którymi zapopoznałam się dopiero na miejscu.
Udział w takich warsztatach ma dla mnie szczególne znaczenie, bo fotografia daje pretekst do spotkań i rozmów z ludźmi, których inaczej pewnie nigdy bym nie poznała.
W trakcie tej podróży wiele rzeczy mogło pójść nie tak, ale na szczęście wszyscy wróciliśmy cali i zdrowi, z kartami pamięci pełnymi bezcennych zdjęć i z bagażem wspomnień, które zostaną z nami na długie lata.
Kilka słów od organizatora
Nasza fotograficzna wyprawa do Semporny była intensywna i pełna wyzwań. Całe dnie na morzu, skomplikowana logistyka, ciągłe przemieszczanie się, odległe miejsca i bariera językowa, a do tego tysiące zrobionych zdjęć. Spośród wszystkich uczestników i członków załogi jedna osoba odegrała kluczową rolę: Mohd Nazri Sulaiman, organizator tego wyjazdu.
Mohd Nazri Sulaiman jest wielokrotnie nagradzanym malezyjskim fotografem z Kuala Lumpur. Zajmuje się fotografią dokumentalną i fine art, od lat skupiając się na kulturze, tradycjach, ludziach i miejscach w Malezji. Szczególnie interesują go społeczności żyjące blisko natury. Jego zdjęcia opowiadają historie bez potrzeby długich opisów - liczy się obraz i kontekst.
Jednym z jego najbardziej znanych zdjęć jest „Mowgli Malaysia”, nagrodzone m.in. pierwszym miejscem w konkursie "Asian Geographic Images of Asia Awards" w 2018 roku oraz "Remarkable Award" na "Siena International Photography Awards" we Włoszech. Jest także autorem albumu „Terengganu: The Face of Life”, poświęconego dziedzictwu kulturowemu tego stanu Malezji. Otrzymał również "Gold Star Award" w kategorii fotografii ulicznej w konkursie "ND Awards". Jako fotograf współpracujący z Sony nadal aktywnie działa - ostatnio zdobył główną nagrodę w kategorii "Camera" podczas "Malaysia Photo Hunt 2025".
Doświadczenie Nazriego było kluczowe dla przebiegu całego wyjazdu. Dzięki wieloletnim podróżom do Semporny i okolic bardzo dobrze zna ten region, zarówno pod względem terenu, jak i lokalnych realiów. Wybrane miejsca nie były przypadkowe: to efekt lat pracy, wizyt i budowania relacji z lokalnymi społecznościami.
Aby nakreślić szerszy kontekst tej wyprawy, zapytałam Nazriego o jego wielokrotne podróże do Semporny oraz o momenty związane z życiem Bajau Laut, które najbardziej utkwiły mu w pamięci.
1. Ile razy byłeś w Sempornie w celach fotograficznych?
Nazri: Do Semporny jeżdżę fotograficznie od 2006 roku, i robię to do dziś. Od tamtego czasu niemal co roku organizuję tam wyjazdy fotograficzne, średnio dwa razy w roku, a w niektórych latach nawet trzy. Jedyną przerwą był rok 2020, kiedy nie podróżowałem z powodu pandemii COVID‑19. Szczerze mówiąc, straciłem już rachubę, ile razy tam byłem, ale na pewno było to ponad 40 wyjazdów. Miałem okazję obserwować, jak Semporna zmieniała się na przestrzeni lat.
2. Ile lat zajęło Ci dopracowanie trasy i odkrycie najlepszych miejsc do fotografowania?
Nazri: Nie istnieje coś takiego jak „idealna trasa” w przypadku wyjazdów fotograficznych do Semporny. Nie da się powtórzyć tych samych zdjęć dwa razy. Lokalizacje i plan podróży stale się zmieniają z wielu powodów. Część baz noclegowych, które kiedyś funkcjonowały, już nie istnieje, więc niektóre wyspy zniknęły z trasy. Inne wyspy, które kiedyś były ważnymi punktami fotograficznymi, zostały wykupione i przekształcone w prywatne resorty. Do tego, niektóre społeczności Bajau Laut przeniosły się lub zostały zmuszone do opuszczenia swoich dawnych miejsc zamieszkania. Z tego powodu trasa jest regularnie aktualizowana.
3. Jakie napotkałeś największe trudności przy organizacji tego wyjazdu?
Nazri: Największym wyzwaniem jest ciągłe dostosowywanie trasy i wybór odpowiednich miejsc, ponieważ społeczności Bajau Laut nie są osiadłe. To morscy nomadzi, którzy często przenoszą się z wyspy na wyspę, czasem z powodu eksmisji, a czasem w poszukiwaniu bezpieczniejszego miejsca do życia. Drugim dużym problemem są koszty. Działanie na odległych wyspach zawsze wiąże się z większymi wydatkami: noclegi, transport łodziami i jedzenie są znacznie droższe niż na lądzie. Te koszty mają bezpośredni wpływ na cenę udziału w warsztatach.
4. Jak prowadzenie tych warsztatów wpłynęło na Twój styl fotograficzny?
Nazri: Fotografia podróżnicza od zawsze była moim ulubionym gatunkiem, a Semporna jest do tego wręcz idealnym miejscem. Pod względem twórczym nie jest to dla mnie trudne, ale wymaga bardzo dokładnego planowania, zwłaszcza dobrej znajomości pływów. W zależności od odpływu lub przypływu musimy być na konkretnych wyspach o określonych porach. Dodatkowo, fotografia uliczna to jedna z moich pasji, dlatego celowo wybieram wyspy, gdzie można ją realizować. Podobnie jest z fotografią krajobrazową, w której liczą się miejsce, czas i warunki.
5. Które doświadczenie związane ze społecznością Bajau Laut zapadło Ci w pamięć ?
Nazri: Mam wiele wspomnień związanych z Bajau Laut. Jedno z najważniejszych dotyczy rodziny Bajau Laut, z którą przez lata bardzo się zżyłem. Podczas pandemii COVID‑19 do Semporny nie przyjeżdżali ani turyści, ani fotografowie, a społeczności Bajau nie mogły wypływać na połów z powodu pandemicznych obostrzeń. W efekcie wiele rodzin zostało bez jedzenia. Wtedy zebrałem fotografów, którzy wcześniej brali udział w moich wyjazdach do Semporny i wspólnie zorganizowaliśmy zbiórkę. Środki zostały przekazane przez organizację pozarządową i hotel, w którym zwykle się zatrzymywaliśmy. Dzięki temu udało się kupić podstawowe produkty tj. głównie żywność i środki medyczne, które trafiły do społeczności Bajau Laut w Sempornie.
Poniżej znajdziesz wybrane fotografie Nazriego Sulaimana wykonane w Sempornie.
Instagram: @nazriphotoelements
Za horyzontem
Moja pierwsza podróż do Semporny pozostawiła mnie z większą liczbą pytań niż odpowiedzi. Dotyczą one przede wszystkim kruchego środowiska oraz przyszłości tradycji Bajau Laut. To społeczność, która zna ocean w sposób praktyczny i instynktowny, oparty na doświadczeniu przekazywanym z pokolenia na pokolenie.
Zastanawiam się, jak ich wyjątkowy styl życia zdoła przetrwać w obliczu rosnącej turystyki, przełowień i przymusowych wysiedleń. I czy to właśnie oni, jako mieszkańcy tych wód, mogliby odegrać kluczową rolę w ochronie oceanu, od którego wszyscy jesteśmy zależni.
Być może pewnego dnia tam wrócę, jeszcze lepiej przygotowana i z lepszymi pytaniami. Mam nadzieję, że z czasem społeczność Bajau Laut uzyska realne wsparcie oraz możliwość decydowania o swoim losie i o środowisku, w którym żyją.
Ta podróż uświadomiła mi coś istotnego: to, co dzieje się w pozornie odległych miejscach, nie jest wcale odcięte od reszty świata. Dotyczy nas wszystkich.
~ Justyna Oller
Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jeśli mój artykuł i fotografie były dla Ciebie wartościowe, będzie mi bardzo miło, jeśli podzielisz się swoją opinią w komentarzu.







































































































































































































































































































































































Komentarze